Turystyka po sezonie, czyli jak unikać tłumów

Turystyka po sezonie, czyli jak unikać tłumów

Raz na jakiś czas przez media przetacza się szeroka dyskusja, w której włodarze najpopularniejszych turystycznie miejsc biją na alarm. Wenecja jest przeciążona. Lotniska w Londynie nie nadążają z obsługą turystów. Kolejki do paryskich muzeów wiją się niczym wąż po mieście. W dobie tanich linii lotniczych, ułatwień wizowych świat nam się skurczył. Ludzkość nigdy w historii nie podróżowała na taką skalę jak dzisiaj. Czy da się uniknąć tłumów? Oczywiście! Trzeba tylko odpowiednio zaplanować podróż.

Wspólne marzenie

Przychodzi taki moment kiedy marzenie w mojej głowie zaczynam urzeczywistniać. Nauczyłem się jednak, że nie jest ono tylko moje. W podobny sposób jak ja myśli sporo osób. Kiedy więc zacząłem planować kilka dni w Wenecji po kilku chwilach wiedziałem kiedy tam nie pojadę. Wybrałem sobie bardzo odpowiedni dla mnie termin i odrzuciłem go. Był to początek lipca w drodze na południe Włoch. To kusząca opcja bo „po drodze”. Problem w tym, że w ten sposób myślą tysiące turystów. Spotykają się oni wszyscy na placu św. Marka i walczą o to, żeby w tej rzece ludzi dojrzeć choć trochę piękna Wenecji. 

Kiedy nie jechać

Zwiedzanie najpopularniejszych turystycznie miejsc najlepiej odłożyć sobie na czas, w którym potencjalnie sami nie zaplanowalibyśmy takiej podróży. W moim przypadku wybór padł na sam początek listopada. Zrobiłem szybki bilans zysków i strat. Świadomość tego, że będzie tam 70% mniej turystów niż w lipcu wygrała z krótszym dniem i niższą temperaturą. Już na miejscu i po drodze wiedziałem, że był to dobry wybór. Droga nawet w weekend nie była zatłoczona. Znalazłem w ostatnim momencie hotel w bardzo dobrej cenie. Pierwszy spacer – bajka! Zorganizowane grupy turystów pojawiały się około 11.00 i znikały po 16.00. Całe poranki i wieczory należały do mnie. Bez problemu mogłem znaleźć stolik i napić się kawy, a w kolejce do tramwaju wodnego nie czekałem ani razu.

Jak nie drzwiami to oknem

Są jednak takie miejsca, które mimo wszystko trzeba odwiedzić w szczycie sezonu. Pewnego razu wybrałem się do przepięknego wąwozu Lichtensteinklamm w Austrii. Pierwszą informacją na ich stronie internetowej był komunikat, że wąwóz od godziny 10.00 do 16.00 przeżywa istny najazd wikingów i zwiedzanie jest utrudnione. Wybrałem się tam więc tuż po 8.00 i kiedy schodziłem na dół widziałem tłoczących się turystów w kolejce po bilety. Tak samo sprawa ma się z wejściem na Giewont czy zdjęciem krzywej wierzy w Pizie. Jeśli nie lubimy tłumu – musimy obejść go sposobem. W 99% ludzie na urlopie nie marzą o wczesnym wstawaniu. Trzeba wybrać więc priorytet – czy wolę się wyspać czy zobaczyć coś ciekawego. 

Pułapka po sezonie

Nie jest jednak tak kolorowo. W wielu krajach atrakcje turystyczne działają sezonowo. Boleśnie przekonałem się o tym kiedy wybrałem się pierwszy raz w Dolomity i chciałem przenocować w schronisku z widokiem na magiczne Tre Cime di Lavaredo. Przyzwyczajony do polskich realiów nie mogłem uwierzyć, że to schronisko działa tylko od końca czerwca do ostatniego weekendu września. Tak samo duży problem miałem, żeby z Korsyki dostać się na Wyspy Lavezzi. Latem rejsy odbywają się co godzinę, a jesienią w ciągu tygodnia wypłynął tylko jeden statek w tamtym kierunku. Inną pułapką są skrócone godziny otwarcia muzeów czy nie kursujące po sezonie pociągi czy autobusy. Trzeba na to wszystko wziąć poprawkę. Niższe ceny po sezonie nie biorą się znikąd i często wynikają nie tyle z gorszej pogody co z utrudnionej komunikacji na miejscu, czy po prostu jej braku.

Piękna cisza

Biorąc pod uwagę wszystkie posezonowe niedogodności jestem ciągle zadowolony z wielu podróży, które odbyłem w takim nieoczywistym czasie. Cisza i spokój są w stanie wynagrodzić dłuższe czekanie na autobus. Kiedy słucham wspomnień z Wenecji moich znajomych to w 90% opowieść zaczyna się słowami „jejku, ileż tam było ludzi”. Moja historia zaczyna się od tego, że spacerowałem rano po zupełnie pustym placu św. Marka, a na Burano nikt nie wchodził mi w kadr, kiedy fotografowałem kolorowe domki. Zdecydowanie bardziej wolę takie wspomnienia niż przeciskanie się w tłumie.